1:41 am
Leżę w łóżku opatulona moją ulubioną pościelą w malutkie różyczki, a przez okno zagląda mi do pokoju sine niebo. I juz dobrze wiem, że to ten moment. Dokładnie ten i właśnie ten moment na przemyślenia, i wracanie do przeszłości. Rozdrapywanie ran i rozgrzebywanie wszystkiego. Dochodzę do wniosku, że kocha się prawdziwie tylko jeden jedyny raz. Wszelkie uniesienia, chwile zachwytu, mocne bicie serca i ten najpiękniejszy ścisk w żołądku na samą myśl o danej osobie. To wszystko jest jednorazowe jak plastikowy widelec. I może mi ktoś tłumaczyć i mowić, że jeszcze spotkam taką osobę, która mnie pokocha na śmierć i niepogode. Tylko co z tego, kiedy ja już swój pakiet na miłość i wszelkie uniesienia wykorzystałam, a w abonamencie życia przysluguje nam to wyłącznie jednorazowo.
I tak sobie słucham tych wszystkich głupich piosenek, które przypominają mi o Nim i męczę się okropnie, i chciałabym tylko i wyłącznie Jego teraz obok. Jednocześnie do przytulenia, jak i do zmieszania Go z błotem. Bo tak jak cholernie brak mi szacunku do tego człowieka, to w ten sam chory i pokręcony sposób darzę Go zdecydowanie zbyt gorącym uczuciem. Nadal.