sobota, 13 lipca 2019

Myślę. Nie można już chyba przeżyć czegoś jak za pierwszym razem. Będziesz tak samo płakać na filmie jak wtedy, gdy oglądałeś go po raz pierwszy? Tak samo zachwycisz się zachodem słońca na plaży? Tak samo niesamowity będzie dla ciebie peak po zażyciu narkotyku? A czy zakochasz się znów tak jak za pierwszym razem?

Okropne uczucie nieuniknionej ulotności i niemożności zatrzymania tego uczucia. Chciałoby się machać otwartą butelką w powietrzu tak, aby nabrać do niej jak najwięcej danych wspomnień i móc je potem w niej zakorkować. Boże, gdyby tak się dało, miałabym oddzielną półkę, by je kolekcjonować. Albo, proszę (błagam), wymaż mi pamięć i daj przeżyć to wszystko od nowa. I tak w kółko.
Czym jest ta wewnętrzna pustka. Tak jakbym coś straciła zyskując nowe doświadczenie. Jakbym wpadała w pułapkę. Jakbym sama przekręcała kluczyk w kłódce do mojego aresztu. Chcę wyjść, chcę chłonąć, ale jednocześnie nie chcę przeżywać nic nowego, bo to już nie będzie takie samo. Nic już nie będzie takie samo.

Nie chciałabym nawet. Zrzygałabym się tym życiem. Zbrzydłoby mi jak ulubione danie jedzone codziennie przez tydzień.

Teraz mogę jedynie zbierać obrzydliwe konsekwencje wszystkich pierwszych razów.
Skóra moich warg smakuje teraz wybornie. A słone łzy drażnią kąciki moich oczu.





poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Zastanawiam się. Tak dla odmiany. Moje życie nabrało jakiegoś dziwnego rozpędu, którego nie jestem jeszcze w stanie ogarnąć. Mało subtelnie skoczyłam ze skrajności w skrajność. Spędzanie snu z powiek domniemaną marnością swego żywota traktowałam jak hobby. Jedni jeżdżą konno, inni zbierają znaczki, a ja rekreacyjnie przybijałam się do krzyża. I nagle wszystko wykonało obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Gdzieś w środku, ze zgliszczy ostatnich kilku lat odkopało się moje JA, którego chyba nikt z mojego obecnego otoczenia nie zdążył jeszcze poznać. Mam plany, które konsekwentnie, krok po kroku realizuję. Sama za tym nie nadążam, nawet nie próbuję. Niech to się po prosu dzieje. Pozwalam sobie rzucić się w wir pragnień i ambicji.
Dużo czasu też zwyczajnie marnuję bawiąc się, korzystając z życia. Nigdy wcześniej wiosna nie pachniała tak pięknie. Czasem siadam w kuchni i z kubkiem kawy w dłoni obserwuję starszą panią sprzedającą kwiaty (pewnie z własnego ogródka). Rozczula mnie ten widok. Kiedyś kupię od niej wszystkie, by mogła wcześniej wrócić do domu i zrobić sobie herbaty. Innym razem zarzucam molly, odpalam jointa i maluję obrazy. Gram, robię dziary, planuję studia i przyszłość. Amplituda zainteresowań. Serio, fajna sprawa. Niech dzieje się więcej. Niech dzieje się tak dużo, że nie będę miała czasu podrapać się po dupie.
Testuję siebie. Póki co udaje mi się zdawać na dobre osiemdziesiąt procent.





poniedziałek, 14 stycznia 2019

9:51pm
Jest za cicho i nic mi się nie zgadza w moim układzie słonecznym. Albo splocie słonecznym.
Wszystko i wszędzie nie tak jak być powinno. Nie mogę złapać tchu. Ja chyba tonę.
Nie wiem czy to słone krople czy ogarniająca mnie czarna nicość. Ciśnienie rośnie, jestem coraz głębiej.
Nie oddycham. Łapczywie połykam otulający mnie z czułością tlen. Niestety jego bliskość nie uspokaja.
Jest go dla mnie za mało. I to uczucie - cholerna pewność, że nie dostanę zapasowej butli. Umrę. To się dzieje.
TERAZ


"Wtedy Bóg rzekł - niechaj stanie się światłość! I stała się światłość. (...) I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy"

Ale nie ma mnie we mnie. Fragmenty zostały na dnie. Zastanawiam się czy nadejdzie dzień, że na powierzchnię nie wypłynę.
Pochłonie mnie ciemność. Nadejdzie noc polarna. Czy ktokolwiek wystrzeli flarę, gdy mi zabraknie woli życia?
Czy ktokolwiek wyślę ekipę ratunkową na wzburzone wody moich myśli? Tej pieprzonej gonitwy, huraganu, sztormu.
Czym jest moja ostatnia deska ratunku? Jakie jest, kurwa, rozwiązanie tej zagadki.


Nie ma nikogo, kto stanąłby przede mną z otwartą klatką, gdy serce w panice trzepocząc chce wyrwać się z piersi.
Wiedząc tyle o sobie samej nadal oczekuję czynnej dwadzieścia cztery godziny na dobę linii telefonu zaufania.
Gdyby takowa istniała, siedziałbyś tam gotów na moment, w którym cicho dławiąc się wymiotowałabym do słuchawki?
A wymiotowałabym ziemią czarną, nieurodzajną. Brudnym żwirem strachów. Na wpół przetrawionymi resztkami woli istnienia.


Spokojnie, to tylko atak paniki.