9:51pm
Jest za cicho i nic mi się nie zgadza w moim układzie słonecznym. Albo splocie słonecznym.
Wszystko i wszędzie nie tak jak być powinno. Nie mogę złapać tchu. Ja chyba tonę.
Nie wiem czy to słone krople czy ogarniająca mnie czarna nicość. Ciśnienie rośnie, jestem coraz głębiej.
Nie oddycham. Łapczywie połykam otulający mnie z czułością tlen. Niestety jego bliskość nie uspokaja.
Jest go dla mnie za mało. I to uczucie - cholerna pewność, że nie dostanę zapasowej butli. Umrę. To się dzieje.
TERAZ
"Wtedy Bóg rzekł - niechaj stanie się światłość! I stała się światłość. (...) I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy"
Ale nie ma mnie we mnie. Fragmenty zostały na dnie. Zastanawiam się czy nadejdzie dzień, że na powierzchnię nie wypłynę.
Pochłonie mnie ciemność. Nadejdzie noc polarna. Czy ktokolwiek wystrzeli flarę, gdy mi zabraknie woli życia?
Czy ktokolwiek wyślę ekipę ratunkową na wzburzone wody moich myśli? Tej pieprzonej gonitwy, huraganu, sztormu.
Czym jest moja ostatnia deska ratunku? Jakie jest, kurwa, rozwiązanie tej zagadki.
Nie ma nikogo, kto stanąłby przede mną z otwartą klatką, gdy serce w panice trzepocząc chce wyrwać się z piersi.
Wiedząc tyle o sobie samej nadal oczekuję czynnej dwadzieścia cztery godziny na dobę linii telefonu zaufania.
Gdyby takowa istniała, siedziałbyś tam gotów na moment, w którym cicho dławiąc się wymiotowałabym do słuchawki?
A wymiotowałabym ziemią czarną, nieurodzajną. Brudnym żwirem strachów. Na wpół przetrawionymi resztkami woli istnienia.
Spokojnie, to tylko atak paniki.
Jest za cicho i nic mi się nie zgadza w moim układzie słonecznym. Albo splocie słonecznym.
Wszystko i wszędzie nie tak jak być powinno. Nie mogę złapać tchu. Ja chyba tonę.
Nie wiem czy to słone krople czy ogarniająca mnie czarna nicość. Ciśnienie rośnie, jestem coraz głębiej.
Nie oddycham. Łapczywie połykam otulający mnie z czułością tlen. Niestety jego bliskość nie uspokaja.
Jest go dla mnie za mało. I to uczucie - cholerna pewność, że nie dostanę zapasowej butli. Umrę. To się dzieje.
TERAZ
"Wtedy Bóg rzekł - niechaj stanie się światłość! I stała się światłość. (...) I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy"
Ale nie ma mnie we mnie. Fragmenty zostały na dnie. Zastanawiam się czy nadejdzie dzień, że na powierzchnię nie wypłynę.
Pochłonie mnie ciemność. Nadejdzie noc polarna. Czy ktokolwiek wystrzeli flarę, gdy mi zabraknie woli życia?
Czy ktokolwiek wyślę ekipę ratunkową na wzburzone wody moich myśli? Tej pieprzonej gonitwy, huraganu, sztormu.
Czym jest moja ostatnia deska ratunku? Jakie jest, kurwa, rozwiązanie tej zagadki.
Nie ma nikogo, kto stanąłby przede mną z otwartą klatką, gdy serce w panice trzepocząc chce wyrwać się z piersi.
Wiedząc tyle o sobie samej nadal oczekuję czynnej dwadzieścia cztery godziny na dobę linii telefonu zaufania.
Gdyby takowa istniała, siedziałbyś tam gotów na moment, w którym cicho dławiąc się wymiotowałabym do słuchawki?
A wymiotowałabym ziemią czarną, nieurodzajną. Brudnym żwirem strachów. Na wpół przetrawionymi resztkami woli istnienia.
Spokojnie, to tylko atak paniki.
