środa, 29 stycznia 2014

Czy trzy miesiące to wystarczający okres czasu, aby przestać kochać? Aby do końca zanikły wszystkie ogromne uczucia, którymi ponoć mnie darzyłeś? Chyba, że to ja po prostu próbuję się pocieszać.


NIC
Wszystko w biegu. Żyjemy w biegu, myślimy w biegu. Ukrywamy się, zakładamy maskę. Ja także. Moje wnętrze składa się z rozsypanych puzzli. Potrzebuję się odizolować od społeczeństwa. To nie potrzeba. To zalecenie. Bez problemu mogę to zrobić, nie potrzeba mi leków czy oddziałów psychiatrycznych. Słuchawki i muzyka. Ale nie pierwsza lepsza piosenka z listy odtwarzania. Potrzebuję dźwięków, które przenoszą mnie w inny świat. Zabawne, zachowuję się wtedy jak po narkotykach. Nie ma czasu. Najgorsza jest myśl, że za kilka dni będę musiała powrócić to dopasowywania się i przywdziewania maski. Chyba jestem tym zmęczona...





poniedziałek, 20 stycznia 2014

Chichoczę, wszystko umilkło. Jestem na powierzchni, lecz w oddali przemknął wątły kształt. Zagłuszona uśmiechem, który dała wódka, czuję narastającą falę smutku, która lada chwila uderzy we mnie ze strojoną siłą. Szczerzę się, wiruję, jest mi dobrze jak nigdy. Nigdy jednak nie bywa mi tak źle i pusto jak w takich momentach. Jedyną kompanką na dalszą zabawę jest połówka, dwusetka lub setka w zależności ile morfiny chcę sobie zafundować. Wytłumić myśli, uciszyć sumienie czy wyłączyć się dla świata? Ale jest północ, leżę sama w pokoju i nikt nie wie co dzieje się w mojej głowie. Za dużo. To samotność. To jest właśnie samotność, nie zależąca od ilości ludzi wokół mnie. To samotne myśli, pragnienia, których nikt inny ze mną nie podzieli i nie poczuje w ten sposób. Chciałabym teraz pisać i pisać. Napisać wszystko czego chcę się pozbyć i odejść, na zawsze.


Nie dopuściłam do siebie tej myśli. Na dodatek, dla mnie to nadal ledwie kilka dni. A tak naprawdę, ile minęło?  Prawie cztery miesiące. Głupia naiwności, daj mi zaczerpnąć świeżego powietrza! Proszę... Nie mogę przecież wiecznie lokować uczuć w człowieku, który kładzie mnie na najdalszej półce razem z obojętnością i zapomnieniem. Jestem obolała i to dosłownie, ale w stu procentach nie z powodów fizycznych. Brak motywacji, jezus, dlaczego jestem taką pierdoloną idiotką?

niedziela, 19 stycznia 2014

Dotknij mnie, jestem zimna. Nie jestem w stanie się kontrolować. Na każdym kroku czuję chłodny oddech na plecach. Coś nieustannie pcha mnie do przodu, nie pozwala stanąć w miejscu. Nie pozwala spoglądać za siebie. Ciągłe zmiany, nieustannie próbuję zakamuflować uszczerbki na zdrowiu psychicznym najróżniejszymi zmianami w wyglądzie. Nie potrafię sprecyzować czego wymagam od siebie. A czego wymagam od innych?  Potrzebuję wakacji, zdecydowanie. Ciepła czerwcowego światła i nocnych rozmów z zapachem stygnącego asfaltu. Zdecydowanie to wyrwałoby mnie z tej chandry. Marnej wegetacji. A może nie? Może tak naprawdę zostałam spisana na straty i nikt ani nic nie jest w stanie mi pomóc? Zbyt wiele znaków zapytania, a to dopiero szósta linijka tekstu.



piątek, 17 stycznia 2014

Zabawne jak bardzo nic może się nie zmienić w ciągu dwóch tygodni. Może tylko coraz bardziej popadam w chorobę psychiczną i moje urojenia. Siniaki wyglądają pięknie, kolejna krew, tylko pod skórą, mniej zauważalna (czy bardziej?). Coś dziwnego się dzieje, czego mój mózg nie przyjmuje i muszę się upominać na każdym kroku. Lecz może uśpię swą czujność, mam na to dwa tygodnie. Dwa tygodnie na wzlot, dwa tygodnie na upadek, Wybór należy do mnie. Mała zmiana, Drastyczna zmiana. Wyniszczenie zewnętrzne, początek początku. Zmiany mniej powierzchowne niż można by się spodziewać. Siła i wytrwałość. Oh, nie pamiętam kiedy was ostatnio widziałam.





czwartek, 2 stycznia 2014

Cóż mogę rzec? Mamy kolejny, 2014 rok. Rok kolejnych przegranych, upokorzeń i robienia krwawego szkicownika z ciała? Czy będzie to rok wielu sukcesów i małych wygranych? Szkoda, że zaczęłam go płaczem i paniką. Wszystko zależy ode mnie. Wszystko i nic. Od wczoraj postanowienia noworoczne wcieliłam w życie. No, może nie do końca, ale staram się. Przysięgam, naprawdę się staram! I uda mi się, bo nie widzę opcji by było inaczej... Lecz jeśli... Wtedy, nie martwię się tym, gdyż wchłonie mnie nicość i frustracja. Alkohol, dla uśmierzenia bólu, dla wyciszenia myśli, dla poczucia ludzkiej ulotności. Papierosy, od tak, bo lubię się powoli zabijać. Podsumowując, nie odczułam jakiejś granicy - coś się kończy, a coś zaczyna. Znalazłam po prostu pretekst, by wziąć się w garść.