Chichoczę, wszystko umilkło. Jestem na powierzchni, lecz w oddali przemknął wątły kształt. Zagłuszona uśmiechem, który dała wódka, czuję narastającą falę smutku, która lada chwila uderzy we mnie ze strojoną siłą. Szczerzę się, wiruję, jest mi dobrze jak nigdy. Nigdy jednak nie bywa mi tak źle i pusto jak w takich momentach. Jedyną kompanką na dalszą zabawę jest połówka, dwusetka lub setka w zależności ile morfiny chcę sobie zafundować. Wytłumić myśli, uciszyć sumienie czy wyłączyć się dla świata? Ale jest północ, leżę sama w pokoju i nikt nie wie co dzieje się w mojej głowie. Za dużo. To samotność. To jest właśnie samotność, nie zależąca od ilości ludzi wokół mnie. To samotne myśli, pragnienia, których nikt inny ze mną nie podzieli i nie poczuje w ten sposób. Chciałabym teraz pisać i pisać. Napisać wszystko czego chcę się pozbyć i odejść, na zawsze.

Nie dopuściłam do siebie tej myśli. Na dodatek, dla mnie to nadal ledwie kilka dni. A tak naprawdę, ile minęło? Prawie cztery miesiące. Głupia naiwności, daj mi zaczerpnąć świeżego powietrza! Proszę... Nie mogę przecież wiecznie lokować uczuć w człowieku, który kładzie mnie na najdalszej półce razem z obojętnością i zapomnieniem. Jestem obolała i to dosłownie, ale w stu procentach nie z powodów fizycznych. Brak motywacji, jezus, dlaczego jestem taką pierdoloną idiotką?