Poniedziałek , 5 maja. Kolejny dzień, tydzień, miesiąc. Czas płynie nieubłaganie. Zaraz wakacje. Stwierdziłam, że muszę coś zrobić, zmienić. Kilka ważnych punktów dotyczących codziennego trwania wypiszę i przyczepię do lustra. Tak, poukładam to na papierze, a potem w głowie. Potem. Ciągle to odwlekam, być może boję się z tym zmierzyć (?). W pewnym sensie wyrwałam się z amoku. Wyrwałam by zaraz wpaść w inny. I tak w kółko. Z punktu A do punktu B i z powrotem. Brak mi samozadowolenia, z własnej winy. Wszystko jest w moich rękach, odpowiedzialność za szczęście, którego nie pozwalam sobie poczuć. To zobowiązuje. Czasami mam wrażenie, że nie mogę dłużej grać tej farsy, że jeszcze jeden dzień noszenia maski normalności, a wybuchnę, rozpłynę się, zwietrzeję. Zniknę. Czasami mam wrażenie, że nie wytrzymam ani minuty dłużej tego zawieszenia, w życiu, które tak naprawdę nie jest moim życiem, pośród ludzi, którzy nic nie wiedzą i nic nie chcą wiedzieć, ani o sekretach duszy człowieka, ani o mnie samej. Bezduszne przypadki w supermarketach, obojętne zbiegi okoliczności na przystankach autobusowych, neutralne spojrzenia sztucznie uprzejmych sąsiadów. I strach, paraliżujący, ogłupiający strach, że pewnego dnia po prostu zwariuję, sięgnę po pistolet, wybiegnę na ulicę i zacznę strzelać do ludzi. Tylko po to, by pokazać im jaka jestem naprawdę. Żywię jednak cichą nadzieję, że zanim do tego dojdzie, sama strzelę sobie w łeb. Tak byłoby bardziej honorowo. Coraz częściej miewam dni, kiedy nie jestem do końca pewna, czy chcę akurat to wszystko, co do zaoferowania ma ten bezbarwny, wyblakły świat.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz