wtorek, 10 czerwca 2014

Czerwiec. Nadszedł czerwiec pełen przygód. Czerwiec w kolorze ognia i pachnący rozgrzanym asfaltem. Ultradźwiękowy czerwiec. Pięć dni. Dwanaście dni. Nie mogę się doczekać. I dostałam skrzydeł. Być może dzięki uczuciu szczęścia związanego z moją miłością - muzyką. Tylko czy to minie? Tak, najprawdopodobniej. Minie jak wszystkie chwile uniesień od jakichś ośmiu czy dziewięciu miesięcy. Jest tylko melancholia otulająca mnie jak gruby koc i jedynie czasami ktoś pociąga za jego róg, odkrywając mi rękę lub nogę. I jest inaczej. Ale zawsze przykrywam się nim z powrotem, mimo, że pod nim mi duszno, to czuję się bezpieczniej. I, jezu chryste, czy ja muszę być tak irytująco, nieustannie przygnębiona?! A jeśli tak, to dlaczego zawsze udaję, że tak nie jest? Potrzebuję kogoś, kto będzie, kto mnie określi, zdefiniuje. Wzdłuż i wszerz. Na wylot, dogłębnie. Powie mi o mnie wszystko to co niewidoczne lecz oczywiste. Takie zwyczajne, na końcu labiryntu. Kogoś kto podniesie mnie zanim upadnę. I przewidzi gdzie trafię, gdy przestanę sobie radzić. Bo ja nie wiem już nic.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz