Dwa miesiące. Dwa miesiące i szesnaście dni - tyle potrzeba mi było, by zerwane chwasty moich myśli zalęgły się ponownie. Znów muszę je wypielić. Lubię te pracę. Pielęgnowanie ogrodu jakim jest moja dusza i umysł. To oczyszczające. Zdrowieję czy zatracam się w codziennej rutynie? Nie wiem już na jakim etapie jestem teraz. Wiem, że nie umiem funkcjonować kiedy nie wypełniam moich dni po brzegi prozaicznymi czynnościami. Wiem, że włosy mi urosły. Wiem, że nabrałam mięśni. Nie nabrałam siły. Wiem, że coś w środku mnie umarło. Wiem, że kawa nie smakuje już tak samo bez papierosa. Wiem, że jestem bezsilna. Nie umiałam utrzymać rodziny w całości. Wiem, że go kocham. Kochałam go zawsze i boję się, że będę kochać go zawsze. Pewnie to bezpodstawne obawy, bowiem na świecie jest tyle ludzi, że mogę spotkać jeszcze tuzin potencjalnych kochanków. Ale coś mi mówi, że to uczucie nie minie nigdy do końca. Przycichnie, tak jak w minionym roku. I w ręce mi zimno ostatnimi czasy. I cała jestem zziębnięta jak wróbel w zimowy poranek. I często ostatnio myślę jak to by było nie istnieć. Ale wtedy czuję, że istnieję za bardzo. Niedługo będzie moja osiemnasta wiosna na tym świecie. Nic się nie zmieni. Tylko papierosy i alkohol będę mieć na wyciągnięcie ręki. Zabawne - pełnoletność upoważnia nas jedynie do uzależnień i potyczek z prawem. I nic więcej nie napiszę, bo nie chcę, bo nie wiem co, bo urwałam myśl i nie potrafię jej poskładać z powrotem. Tak to ze mną jest, Że zaczynam coś, a potem już nie wiem co do czego i z czym, i rzucam to w kąt. Bo przecież łatwiej nie myśleć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz