Początek końca tygodnia. Sądny dzień. Chorobliwe podejście to liczb. Ale nie jest najgorzej. Będę bardziej się starać. Każdy przegrany dzień oddala mnie od osiągnięcia wyznaczonego celu. Wszystko zależy ode mnie i mogę walczyć albo się poddać. Jutro robię sobie dzień przerwy. Od zakładania maski i od dopasowywania się. Od obowiązków i stresu. Od życia. Koncert? Bieganie? Ucieczka mentalna czy fizyczna? Cokolwiek, byle by zagłuszyć ten cholerny łoskot myśli. Jestem taka dziwna i rozchwiana. Ludzie tego nie rozumieją. A ci, którzy rozumieją i którzy bez słów mogliby siedzieć ze mną w ciszy mieszkają tak daleko. Frustrująca ironia losu. Czasami myślę, że to wszystko specjalnie. Słabe jednostki rozsiane są po świecie, by mogły pogrążyć się w swojej marności. Są same, bo nikt im nawet nie umożliwia podróży i spotkania z kimś tego samego pokroju. Dryfują na oceanie emocji. I każdej nocy przeżywają sztorm. I toną...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz